Materialność, światło i samospalenie. O filmie Mothlight Stana Brakhage’a

·

Kolektyw Ćma zaczął swoją działalność dokładnie w grudniu zeszłego roku. Za początek naszej drogi uznać możemy pokaz filmów Stana Brakhage’a zorganizowany wraz z Kinem U-jazdowski. Był to dokładnie 4 grudnia 2025 roku. Do tej pory udało nam się zorganizować aż 15 pokazów szeroko rozumianych dzieł awangardowych czy eksperymentalnych. W maju poszerzyliśmy także nasze pole działania o Kraków i tamtejsze Kino Mikro. Zgromadziliśmy dotąd spore grono stałych widzów i odbiorców. Nie spoczywamy jednak na laurach i rozwijamy się, mknąc w dalszym i niezbadanym kierunku. Otwieramy właśnie naszą stronę internetową, a wraz z nią platformę służącą publikacji tekstów o kinie. W planach mamy zamieszczanie przeróżnych impresji i esejów okołofilmowych, zakładamy publikacje wywiadów z twórcami, zwyczajnych recenzji czy także (brakujących według mnie, a szczególnie takich pisanych przez filmowców) tekstów stricte teoretycznych zaglądających pod poszewkę samego medium filmowego. To kolejne stadium rozwoju Ćmy, która na celu ma stworzenie realnego pola dyskursu i społeczności dla kina awangardowego, eksperymentalnego czy niezależnego; dla kina, które jeszcze w pierwszym opisie naszej działalności w mediach społecznościowych nazwaliśmy kinem wzlatującym ku nieznanemu.

To słowem wstępu, by móc wszystkich was powitać na naszej nowej stronie internetowej. I to właśnie mi jako współzałożycielowi Ćmy przypadła rola zainaugurowania naszego publicystycznego zaułka. Długo się zastanawiałem nad tym, o czym mógłbym napisać pierwszy inicjujący tekst. Przez pewien czas miałem w głowie wielkie plany wyłożenia ogromnych i patetycznych idei na stół, odarcia z szat wszelkich dużych i małych przekonań o kinie, które istnieją wśród nas. Szybko z tego zrezygnowałem. Za namową Antka, któremu dziękuję, a z którym razem założyłem Ćmę, na dzisiejszy warsztat wezmę film, od którego symbolicznie cała nasza inicjatywa się zaczęła. Mowa tutaj oczywiście o Mothlight Stana Brakhage’a. To film zwięźle łączący się z naszą nazwą. Tak w zasadzie powiedzieć można, że to właśnie od niego bierze swój początek. Mothlight był pierwszym filmem wyświetlanym w ramach naszych cykli pokazów zarówno w Kinie Ujazdowskim, jak i w Kinie Mikro. Bez zawahania mogę nazwać go filmem założycielskim Kolektywu. Nic więc dziwnego, że teraz tutaj na stronach inauguracyjnego tekstu nowej platformy Ćmy, przyjrzę się jemu, kierując się własnymi intuicjami filmowymi.

Na samym początku warto wspomnieć, że to film wyjątkowy nawet jak na twórczość samego Stana Brakhage’a. Reżyser użył w nim techniki, z której korzystał bardzo rzadko. Chodzi mi konkretnie o wklejenie na taśmę filmową odłamków martwych ciem, czy też resztek i fragmentów roślinności. Brakhage w gruncie rzeczy użył dwóch taśm filmowych, którymi sprasował poszczególne elementy nieożywionej natury i martwych owadów, tak by finalnie powstała z nich jedna i groteskowa taśma rodem z laboratorium doktora Wiktora Frankensteina. Szalonym doktorem w tym przypadku okazuje się być jednak Brakhage. Możemy tylko wyobrażać sobie, jakie reżyser miał problemy z montażem czy tworzeniem kopii projekcyjnej filmu. Myślę jednak, że Mothlight jest jednym z piękniejszych i dobitniejszych przykładów ujęcia pewnej materialności obrazu filmowego. Brakhage, umieszczając na błonach strzępki i garstki przyrody, zrównuje z nimi samą taśmę filmową, a co się z tym wiąże, także obraz filmowy z niej wyświetlany. Obiekty, których użył amerykański twórca, przekraczają same siebie, a pełną formę osiągają dopiero w wyłaniającym się obrazie filmowym, który staje się niejako porównywalny z nimi samymi. Obraz funkcjonuje na równi z martwymi ćmami pojawiającymi się na ekranie, jest totalny w swej materialności, dotyka w zasadzie swojej własnej pierwotnej kwintesencji, objawiającej się we wspominanej materialności istnienia, o której tak często się zapomina, oglądając zwyczajny uporządkowany film. To być może największe piękno filmów czysto eksperymentalnych. To dzieła, które rozumieją całkowicie, że potrzebny jest nam zwrot ku najbardziej podstawowym właściwościom filmowej materii. Kino głównego nurtu w wielu przypadkach po prostu zapomniało, czym tak w zasadzie jest i skąd bierze swój początek. Zderzeniem dwóch obrazów, refleksem, przebłyskiem światła, kolejno imitacją ruchu, budowaniem czasu i przestrzeni. To temat na kompletnie inny esej czy artykuł, jest on niezmiernie ciekawy i obszerny, oraz z mojej własnej perspektywy widzę w takim powrocie do elementarnych źródeł obrazu kinowego (nawet jeśli miałby on odbyć się jedynie w przestrzeni czysto myślowej), możliwość wytoczenia kompletnie nowego myślenia o filmie, lub nie tyle nowego, ile stanowiącego pewną formę jego aktualizacji, odświeżenia.

Chciałbym skupić się jeszcze na jednym aspekcie, który w Mothlight nurtuje mnie najbardziej: tj. kwestia światła. Światła istniejącego tutaj jako powolna droga umierania. Nie ma we mnie żadnych wątpliwości, że Mothlight to tak naprawdę film o śmierci, czy też może konkretniej, o doświadczeniu śmierci. Mówią o tym dwa cytaty z Brakhage’a: Oto film, który nakręciłem pod wpływem głębokiego smutku. Ten smutek to w pewnym sensie moja sprawa, ale pomógł mi on wycisnąć z siebie ten mały film, gdy powiedziałem: „Te szalone ćmy lecą prosto ku światłu świecy i palą się na śmierć – i właśnie to dzieje się ze mną. […] W pewnym sensie odczuwam pełen horror jakiegoś rodzaju samospalenia.” Brakhage nie bez powodu poprzyklejał na taśmę akurat ćmy. To owady, w których odnalazł cząstkę samego siebie. Ich kompletnie bezsensowne i nierozsądne wpadanie w śmiercionośny płomień świecy potraktował w sposób nad wyraz kosmiczny, samemu widząc się w tym samym bezmyślnym, ale i koniecznym ruchu. Nieodłączne spotkanie życia i śmierci. Co daje nam życie, daje nam i śmierć. Mothlight rozumie to aż za dobrze. Brakhage wspomina w innych miejscach, że film ten odczytywać można z perspektywy samej ćmy, która ciągnie bezustannie do światła. Mothlight każe nam sądzić, że światło dając nam swój pełny i rozjarzony obraz filmowy, równocześnie ciągnie nas ku śmierci w postaci porozrzucanych fragmentów i resztek natury, które pełnią rolę druzgocącego braku i ponurych zgliszczy życia.
 

Wyjdźmy jednak poza perspektywę autora, który do bólu utożsamił się z palącą się w świetle ćmą i rozpatrzmy jej figurę w postaci odbiorcy kina oraz jego ogólnego doświadczenia kinowego. Czy nie jest być może tak, że my wszyscy wchodzący na salę kinową, włączający film na ekranie swojego monitora, nie zamieniamy się w te same ćmy, nad którymi gorzko rozczulał się Brakhage? Ciągniemy do światła wydobywającego się z ekranu czy projektora, które ostatecznie musi nas zabić. Film w ostatecznym rozrachunku unicestwia nas, wchodzi w nasze najgłębsze regiony poznania i je obezwładnia, wkrada się za pomocą wszelkich możliwych dróg, bez naszej zgody końcowo rozdrabnia nas na części pierwsze, niszczy i zaciemnia, każe zapomnieć o możliwości jakiegokolwiek zewnętrznego istnienia, widząc w sobie jedyną i absolutną przestrzeń dziania się. Kino zamienia widzów w ćmy. Tak bardzo pragniemy światła, które może spalić nasze istnienie. Wychodząc od rozmyślań nad światłem w Mothlight, dojść można do prostego, lecz brutalnego wniosku: samo kino jest umieraniem. Czy pozostaje coś jednak z nas? Lepsze pytanie. Czy cokolwiek pozostaje? Warto przyjrzeć się kolejnemu cytatowi Brakhage’a: „Nad żarówkami wiszą te wszystkie martwe skrzydła ćmy, a ja… nie cierpię tego. Tak wielki smutek; na pewno dałoby się z tym coś zrobić. Delikatnie więc zebrałem je i zacząłem przyklejać na pasek taśmy filmowej, próbując… przywrócić im życie, ożywić je ponownie, tchnąć w nie jakąś formę życia za pomocą projektora.
 

Reżyser przypomina nam, że po każdej śmierci nastąpić musi nowa forma życia. Kino mające w sobie tak wielką siłę unicestwiania, nie mogłoby przecież istnieć bez równoważnej jej sile przywracającej życie. Umierając w kinie, rodzimy się w nim także na nowo. To zdecydowanie najwyższa i oczyszczająca właściwość filmu. Unicestwiamy się w świetle projektora, by móc w naszym unicestwieniu odnaleźć jego najszczerszą witalną moc. Z taką wizją kina zostawia nas Mothlight. Jest to wizja szczególnie mi bliska. Wychodząc z sali kinowej (powtarzam ten przykład, bo zawiera w sobie najczystszą rytualność doświadczenia kinowego, a w gruncie rzeczy o pewnej formie rytualności tutaj piszę), mamy pełne i szczere prawo nazywać siebie dopiero co narodzonymi na nowo. I dzieje się to za każdym kolejnym razem, gdy zatapiamy się ponownie w świetle ekranu kinowego, które jest jak palący ogień. Tak samo jak ćma płoniemy w świetle świecy czy lampy. W przeciwieństwie jednak do ćmy przeżywamy to samospalenie w całej i pełnej okazałości kina, które zatracając nas w sobie, równocześnie uzdrawia i napełnia. Kino to nieustanne rodzenie się w śmierci. Zastanówmy się nad tym głębiej szczególnie wtedy, gdy wychodzimy z sali kinowej lub wyłączamy nasze telewizory.

Z taką myślą chciałbym was zostawić w ramach tego historycznego pierwszego tekstu na naszej nowej stronie Ćmy. To oczywiście dopiero początek i z niecierpliwością czekam na kolejne rozwinięcia publicystycznej sekcji, do której tworzenia również za niedługo was zaprosimy. Niech kino nas spala! Ono musi nas spalać! Każdemu tego z nas życzę.

Awatar Szymon Kowalski

Więcej tekstów

  • O kilku filmach kolektywu Ćma

    Miejscem pokazów jest zamek królewski na Ujazdowie w Warszawie. Wydaje się odpowiednie, że najbardziej zaniedbane i pomijane nurty kina awangardowego w Polsce można teraz oglądać…

  • Open call na teksty

    Ogłaszamy nabór na teksty do publikacji na naszej nowo otwartej stronie! Zapraszamy wszystkie osoby piszące o kinie, by wspólnie tworzyć miejsce dla wolnej myśli i…

  • Struktury i znaczenie – wywiad z Karlem Kelsem

    Minęły niemal trzy lata odkąd poznałem Karla. Z początku pomagał mi w znalezieniu najróżniejszych sprzętów i narzędzi, potrzebnych do tworzenia na taśmie 16mm. Wtedy też…

  • Materialność, światło i samospalenie. O filmie Mothlight Stana Brakhage’a

    Kolektyw Ćma zaczął swoją działalność dokładnie w grudniu zeszłego roku. Za początek naszej drogi uznać możemy pokaz filmów Stana Brakhage’a zorganizowany wraz z Kinem U-jazdowski.